
Wczoraj wieczorem, żeby odpocząć i odstresować się przed ostatnim dniem egzaminów, postanowiłam przeczytać sobie kilka rozdziałów książki, która poskładało na nowo moją duszę - Bóg nigdy nie mruga. Chciałam zrobić to już dawno, ale pożyczyłam ją przyjaciółce i wróciła ona do mnie dopiero w środę. Otwieram i przeglądam każdą stronę. Czytam podkreślone wyrazy, zdania, linijki, akapity. Notatki na marginesach. I w końcu trafiam na pewnie fragment:
Bądźcie spokojni i wiedzcie, że Ja jestem Bogiem.
Bądźcie spokojni i wiedzcie, że Ja jestem.
Bądźcie spokojni i wiedzcie.
Bądźcie spokojni.
Bądźcie. (Z Psalmu 46)
Piękne.
Przepiękne.
Te słowa dotknęły mojej duszy. Poczułam ciepło w serduszku. Bo mimo że ostatnio nie umiem się modlić, wystarczy, żebym była. Żebym była spokojna. Żebym była spokojna i wiedziała. Żebym była spokojna i wiedziała, że On jest. Żebym była spokojna i wiedziała, że On jest Bogiem.
Niecały miesiąc temu wzięłam udział w Rekolekcjach Środowiska. O północy wyciągnęli nas z łóżek, żebyśmy wyszli na zewnątrz. Szliśmy w całkowitych ciemnościach. Wyszliśmy naprzeciw ciemności, która nas ogranicza, która może nie pozwala nam całkowicie kochać Boga, całkowicie Mu zaufać, a może przeszkadza nam w relacjach z innymi ludźmi, która utrudnia nam to, żeby po prostu być. Ale wszyscy postanowiliśmy zawalczyć z tą ciemnością. Z powrotem wracaliśmy już z pochodnią w ręką, a także z pochodnią w sercu.
Czym jest ta ciemność w moim życiu zrozumiałam dopiero w Wielki Piątek, kiedy w nocy byłam w kościele na czuwaniu przez Jego grobem. Nie powiem, czy ona jest, to wie tylko On i ja.
On jest. Ja to wiem. Nawet, gdy mnie nie ma. On jest, bo umarł za nas krzyżu. I dopiero w te święta to zrozumiałam. Pierwszy raz przeżyłam tak naprawdę święta Zmartwychwstania. Pierwszy raz je poczułam. Wreszcie dotarło do mnie, co On dla mnie zrobił. On za mnie umarł. On poświęcił dla mnie największy dar - dar życia. I dla Ciebie też. Może tego nie rozumiesz. Ja tego nie rozumiem i pewnie nie zrozumiem nigdy. On dał sobie wbić gwoździe do rąk i stóp, żebym ja umiała być silna, gdy zostanę zraniona. On pokazał mi radość. Prawdziwą radość z Jego zmartwychwstania. Najprawdziwszą. Taką, która nie maleje, mimo że ktoś akurat mnie rani, mimo że siostra jest w szpitalu, mimo że już niedługo ma się wydarzyć to, co tak mnie przeraża. On pokazał, że jest. Po prostu jest. Mimo wszystko. Zawsze. W każdym momencie.

Może i ten tekst jest bez ładu i składu. Może i jest dziwny. Może i całkowicie odbiega od tematyki tego bloga. Ale jest. Bo czułam, że muszę to napisać. Bo jeszcze nigdy nie pisało mi się tak łatwo...
Bądźmy.
Bądźmy spokojni i wiedzmy, że On jest Bogiem.