piątek, 27 grudnia 2013

Najlepsze książki 2013 roku

Rok 2013, wprawdzie, jeszcze się nie skończył i mam jeszcze cztery dni na czytanie, ale postanowiłam właśnie dzisiaj zrobić listę najlepszych książek tego roku.


Gwiazd naszych wina
- John Green

Chyba żadna inna książka, nie wywołała u mnie tyle emocji, co Gwiazd naszych wina. Chciałabym napisać jedno zdanie podsumowujące tę cudowną powieść, ale po prostu brakuje mi słów. Te trzydzieści dwie litery alfabetu nie wystarczą, żeby przekazać to, jak bardzo podobała mi się ta książka.






Baśniarz - Antonia Michaelis

Jest to książka, która nie do końca złapała mnie za serce. Ona złapała mnie za duszę. Mistrzostwo świata.






Delirium - Lauren Oliver

Tak, zdecydowanie o tej książce mogłabym rozwodzić się bardzo długo. Delirium z jednej strony mnie oczarowało, a z drugiej mną wstrząsnęło. Genialna pozycja.







Dotyk Julii -
Teherin Mafi


Niesamowita. Wspaniała. Niepowtarzalna. Genialna. Cudowna. Kapitalna. Wstrząsająca. Rewelacyjna. Fenomenalna.







Alchemia miłości - Eve Edwards

Wspaniała historia, pokochałam ją od pierwszej strony. Piękna powieść o miłości, a także poświęceniu i trudnych wyborach.







Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón

Książka o książce po prostu nie mogła się nie udać! Każda z 516 stron tej wspaniałej powieści oddychała, jest to jedna z tych książek, które mają duszę.







Planeta dobrych myśli - Beata Pawlikowska

Tę książkę od początku do końca przeczytałam z uśmiechem na ustach. Prawdziwa perełka.







Gone. Zniknęli. Faza pierwsza - niepokój - Michael Grant

Pierwszy tom niesamowitej serii. Przede mną jeszcze dwie ostatnie części, ale pierwsze cztery czytałam w ekspresowym tempie z wypiekami na twarzy.







Miasto kości - Cassandra Clare

Historia naprawdę wyśmienita, przecudowne postacie i dobry styl pisania. Rozkochałam się w tym cyklu.







Złodziej pioruna - Rick Riordan

Uwielbiam!
I to by było na tyle, jeśli chodzi o tę książkę.







Niebo jest wszędzie - Jandy Nelson

Książka chwyta za serce i wyciska miliony łez. Jest piękna i taka niesamowicie prawdziwa.







Baśnie barda Beedle'a - J.K. Rowling

Idealna dla każdego fana Harry'ego Pottera. Zakochałam się w tej książeczce.








Wszystko, tylko nie mięta - Ewa Nowak

Zdecydowanie polska książka roku. Podczas czytania dosłownie płakałam ze śmiechu.







I standardowo: jak u Was to wygląda? Które książki przeczytane w tym roku podobały Wam się najbardziej? Mamy podobnych faworytów?

Zapraszam do polubienia fanpage oraz na mojego drugiego bloga.






środa, 25 grudnia 2013

Świąteczny stos


Tak, zdecydowanie stosikiem nazwać tego się nie da... Większość książek wypożyczyłam z biblioteki, podczas mojego poniedziałkowego napadu. Pobiłam mój rekord, wypożyczając za jednym razem dwadzieścia siedem książek(w tym trzy dla siostry i pięć dla mamy). Książki, w dwóch reklamówkach, musiałam zanieść z biblioteki na dworzec - jakieś piętnaście minut drogi. Niestety, nie umiałam ich unieść... Zostawiłam, więc jedną reklamówkę u najcudowniejszej bibliotekarki i mojej najwspanialszej dilerki pani Gosi. Dotarłam na dworzec z jedną, spotkałam tam znajomych, z którymi poszłam na Rynek(kolega niósł reklamówkę - cóż za ulga!), a przy okazji(całkowicie przypadkowo) zahaczyliśmy o ulicę Zamkową, na której znajduje się najlepsza biblioteka na świecie. Dzięki cudownym Karolinie, Dominikowi i Mateuszowi wszystkie książki dotarły całe i zdrowe do domu.


Od góry:  Szukając Noel - zaczęłam ją wczoraj przed wyjściem na pasterkę i zaraz będę kończyć. Niżej Gra w kłamstwa, Szczęściara, Trzy metry na niebem, Zawsze przy mnie stój, Przez burzę ognia, Pamiętnik narkomanki, Urzekająca, Vilette i Linia Życia. A obok wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza, które kiedyś należały do mojej mamy. Każda z nich ma co najmniej dwadzieścia lat - cudeńka! Wreszcie się zmobilizowałam, żeby nadrobić zaległości związane z Anią.
Z tej części najbardziej nie mogę się doczekać lektury Szczęściary, Gry w kłamstwa, Trzech metrów nad niebem i Urzekającej. 


Od góry: dwie pierwsze części Felixa, Neta i Niki - pierwszy tom już zaczęłam czytać i na razie, mimo długich rozdziałów, bardzo mi się podoba. Niżej  cztery tomy mojej ukochanej Jeżycjady. Wypożyczyłam także Harry'ego Pottera - moja ukochana saga. Przeczytałam już każdy tom pięć razy, a wypożyczam je jeszcze częściej, chociażby dlatego, żeby sobie poleżały na mojej półce. Wreszcie udało mi się dorwać Diabelskie maszyny! Pierwszy tom wypożyczyłam już podczas ostatniej wizyty w bibliotece, kiedy to dosłownie się na niego rzuciłam. Na samym dole Deklaracja. 
Obok już cudeńka, które należą do mnie: Papierowe miasta - prezent od Mikołaja, Gwiazd naszych wina(recenzja) oraz Baśniobór dostałam na początku miesiąca od rodziców, w nagrodę za dostanie się do drugiego etapu olimpiady z historii, później Wielki Gatbsy - prezent od znajomej oraz na samym końcu Fałszywy książę i Złodziejka książek - znalezione wczoraj pod choinką.

Więc teraz do 6 stycznia czytam ile wlezie, a książek mi na pewno nie braknie, bo mam jeszcze kilka(naście) na półkach. Możliwe, że nie przeczytam wszystkich wypożyczonych książek, ale przynajmniej czuję się kochana i bezpieczna, będąc z nimi w jednym pokoju. Moi kuzyni(i nie tylko, zresztą) uważają, że mam zaburzenia psychiczne, jestem nienormalna i coś ze mną nie halo, ale i tak ich kocham.

A jak Wasze święta? Dostaliście jakieś ciekawe książki?
I tradycyjnie - co polecacie, znacie, odradzacie?
Wszystkiego dobrego! ♥


wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych świąt...

Kochani!
Chciałabym Wam życzyć wiele radości, ciepła i miłości w tym cudownym i magicznym okresie świąt Bożego Narodzenia. Niech te święta będą wyjątkowym czasem spędzonym w gronie rodziny i książek. Życzę Wam prezentów, o których marzyliście, a przede wszystkim, przyjęcia do Waszych serc Pana Jezusa, który przyniesie nam radość, siłę, mądrość i miłość. 

Pozdrawiam cieplutko i całuję, 
Julka.





niedziela, 22 grudnia 2013

Książki, w których chciałabym spędzić święta





Święta już za dwa dni, a ja dalej nie do końca czuję tę magię świąt. Dlatego postanowiłam udać się w świąteczną podróż do świata książek. A do jakich miejsc się wybrałam? Poniżej przedstawiam Wam listę miejsc do których przeniosła mnie wyobraźnia.






Na początku postanowiłam odwiedzić Poznań, a dokładnie kamienicę przy ulicy Roosevelta 5, gdzie mieszka moja ukochana i niezastąpiona rodziny Borejków. Ich dom jest zawsze pełen ciepła, radości i miłości. Czytając jakąkolwiek część Jeżycjady zawsze czuję, w moim pokoju, ten cudowny klimat, jaki panuje wśród rodziny Borejków. Każdy z nich jest niezastąpiony i wizyta przy ich stole była naprawdę wyjątkowa. Od razu w serduszku robi się cieplej i zaczynam czuć święta!







Narnia, moja najukochańsza magiczna kraina, od zawsze! Potrzebuję śniegu, duuużo śniegu i to w trybie now! Jako osoba pełna sprzeczności, kocham śnieg i nienawidzę go jednocześnie. Kocham patrzeć na tę wszechstronną biel za oknem i nie wyobrażam sobie po prostu pójścia na Pasterkę przez ulicę na której nie ma ani jednej zaspy. Już roraty jakoś przebolałam, zresztą byłam na nich tylko kilka razy, ale Pasterki to ja nie przeżyję. A poza tym święta u babci bez wygłupów z kuzynami na śniegu? Co to, to nie. Muszę przynajmniej sobie wyobrazić te delikatne płatki na mojej twarzy, wskoczyć w zaspę i zrobić wielkiego aniołka. Od razu zrobiło mi się troszkę zimniej, ale za to w serduszku cieplej. Pięknie!



Pamiętacie święta w Bullerbyn? Jejku, to był chyba mój ulubiony fragment tej wspaniałej książki! Już w dzieciństwie często zawierałam zawierałam przyjaźnie z książkowymi bohaterami i właśnie dzieciaki z Bullerbyn byli moimi pierwszymi przyjaciółmi! Zawsze wyobrażałam sobie, że razem z Lisą, Brittą, Anną, Lassem, Bossem i Ollem. A teraz, przy okazji, powróciłam do czasów dzieciństwa i przypomniałam sobie te moje oczekiwanie na święta, tę moją słodką naiwność i radość z małych rzeczy.





Postanowiłam przypomnieć sobie też bajkę o dziewczynce z zapałkami. Zawsze była to obowiązkowa świąteczna opowieść, która wywoływała u mnie miliony łez. Nie mogłam pojąć tej niesprawiedliwości i często wyobrażałam sobie, że spotykam tę biedaczkę i oddaję jej moją kurteczkę oraz dzielę się z nią jedzeniem. Historia, wprawdzie, jest bardzo smutna, ale ją uwielbiam. Przypomniała mi o moich świętach w dzieciństwie i przyniosła kolejną porcję magii do mojego pokoju.








A na koniec najlepsze! Najcudowniejsze święta w Harrym Potterze! Czy Wielka Sala nie wygląda wspaniale? Na samą myśl o świętach w Hogwarcie chce mi się śpiewać i tańczyć! Ale to nie jedyne miejsce, w świecie Harry'ego Pottera, w którym chciałabym spędzić święta. Oczywiście, oddam wszystko za wigilię w Norze, z najcudowniejszymi na świecie Weasley'ami! Po prostu kocham z całego serduszka święta w Harrym Potterze. Rowling opisuje je po prostu na szóstkę z plusem - zarówno te w Norze i w Hogwarcie, jak i w Dolinie Godryka.


I poczułam święta, choć troszkę! Jutro robię napad na bibliotekę, aby mieć co czytać w tym cudownym i magicznym okresie. Jutro jeszcze pojawi się specjalny świąteczny post, dlatego nie będę Wam składać dzisiaj życzeń. Póki co, miłego wieczorku i kolorowych snów! Niech los Wam zawsze sprzyja ♥








sobota, 21 grudnia 2013

044. GWIAZD NASZYCH WINA







Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Bukowy Las
Kategoria: literatura młodzieżowa

Hazel ma szesnaście lat i jest śmiertelnie chora na raka. Dzięki cudownej terapii na tym świecie będzie kilka lat dłużej. Jest uzależniona od aparatu tlenowego, a także od oglądania America’s Next Top Model. Nie wie, ile czasu jej zostało, więc cieszy się życiem, nałogowo czytając książki. Uczęszcza na spotkania grupy wsparcia, gdzie poznaje Augustusa Watersa. To spotkanie całkowicie odmienia życie ich obojga.


Siedzę i zastanawiam się, co napisać o tej wspaniałej, zachwycającej, poruszającej, cudownej, genialnej, niesamowitej, pięknej, wzruszającej, fantastycznej, odlotowej, świetnej, anielskiej, urzekającej, kapitalnej, wybitnej, wyśmienitej, rewelacyjnej, niezwykłej, boskiej, fenomenalnej, mistrzowskiej, znakomitej, perfekcyjnej i zapierającej dech w piersiach książce. Właśnie w tym momencie poczułam, że te trzydzieści dwie litery alfabetu to za mało. Od jakiegoś czasu zabieram się za pisanie tej recenzji, ale czuję, nie będę mogła ułożyć żadnego sensownego zdania, boję się, że braknie mi słów. Książka wywołała we mnie wielkie obrażenia w duszy i w sercu. Nie są one jednak złe. Naprawdę, te obrażenia są piękne i cudowne, koją moją duszę i serce.


Książkę czytałam na przerwach i lekcjach w szkole. Każdy kto mnie zna, może powiedzieć, że chodzę z głową w chmurach. Ale tym razem nie jest to do końca prawda. Podczas czytania nie chodziłam z głową w chmurach, ale po prostu z nogami w chmurach. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak oderwałam się od rzeczywistości. Chodziłam szkolnym korytarzem i mówiłam napotkanym osobom, że czytam książkę roku, która jest absolutnie cudowna i moje życie już nigdy nie będzie takie samo, a także, że jeśli chcą umrzeć w spokoju, to muszą ją przeczytać, ja już tego dopilnuję. Czytając książkę bardzo chciało mi się płakać. Ale postanowiłam, że popłaczę sobie w domu, bo przecież nie będę robić z siebie w szkole jeszcze większej wariatki. I to był błąd, który zrozumiałam dopiero w sobotę. Nie mogę uciekać i chować się przed swoimi uczuciami, one przecież są częścią mnie i również mają coś do powiedzenia. Podczas czytania odczuwałam tyle emocji, że sama nie mogłam tego zrozumieć. Lecz je ukrywałam. Dopiero teraz rozumiem, że lepiej odczuwać wszystkie emocji, niż nie czuć niczego. Żadne uczucie nie jest przypadkowe, każde zostało idealnie zaplanowane. Jeśli kiedykolwiek zachce mi się płakać czy śmiać to nie będę chciała tego ukryć ani nie będę szukała innego miejsca czy innej pory. Tylko na jednej, gdy nie było nauczycielki, przeczytałam, że *UWAGA, SPOJLER* Hazel i Gus się pocałowali *KONIEC SPOJLERA* zaczęłam śmiać się na głos i wyściskałam moje koleżanki z tej radości. Przez tę książkę nie mogłam się skupić, nie chciałam spać, płakałam(ale tylko gdy byłam sama), myślałam nad nią, próbowałam przewidywać. Zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło, zachwyciło, okazało się niezrównane.

„-Nie zabijają, dopóki ich nie zapalisz - powiedział, kiedy samochód zatrzymał się przy nas. - A ja nigdy żadnego nie zapaliłem. Widzisz, to metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał.”

Jeszcze zanim przeczytałam Gwiazd naszych wina, ba, nawet zanim miałam ją na półce, książka już kojarzyła mi się ze słowem okay. Od pierwszej strony nie mogłam się doczekać, aż wreszcie dowiem się dlaczego. Strona 78 odpowiedziała mi na to pytanie. Od tej chwili okay stało się moim ulubionym słowem. Słyszymy/mówimy/piszemy je codziennie, również zdrobnione, inaczej napisane - ok, okej, oki, okejka, okejcia(dobra, tylko ja tak zdrabniam...). To słowo jest znane chyba wszędzie. Ja jestem od niego uzależniona, szczególnie od zdrobnień, ale nigdy nie uważałam go za bardziej wyjątkowe. Dopiero podczas czytania zdałam sobie sprawę, że jest jednym z trzech najpiękniejszych słów świata. Okay wyraża więcej niż tysiąc słów. I tak się od niego uzależniłam, że szkole przed każdą lekcją, wbiegam do klasy pierwszy, biorę kredę i piszę okay na tablicy.

Teraz wypadałoby wspomnieć coś o postaciach, które są niesamowicie realne i cudownie wykreowane. Piękne jest to, że każda postać jest inna, ma inny system wartości, charakter, spojrzenie na świat, w inny sposób zachowuje się w różnych sytuacjach. Szczególnie w dwójce głównych bohaterów zakochałam się po uszy. Od pierwszych stron marzyłam tylko o tym, żeby ich wyściskać, złapać za rękę i powiedzieć, że ich kocham(a Augustusa udało mi się przytulić, ale to już inna historia). Przez 312 stron przypatrywałam się Hazel. Patrzałam jak los wykuwa jej duszę, która wyszła naprawdę piękna. Kocham Hazel z całego serduszka za jej inteligencję, siłę, wrażliwość, a przede wszystkim za ten pewien dystans do swojej choroby. Podczas czytania tylko jednej osobie miałam ochotę przywalić patelnią, ale po skończeniu wybaczyłam jej wszystko. Gdyby nie on, czyli Peter van Houten, mimo że wywołał u mnie wiele negatywnych emocji, ta książka nie byłaby taka wspaniała i niesamowita. On tworzy tę książkę tak samo jak Hazel, Gus czy każdy inny bohater i mimo wszystko upiększa tę książkę.

„Moje idee to gwiazdy, których nie potrafię ułożyć w konstelacje.”

John Green jest moim mistrzem. Kocham każde zdanie, każde słowo, każdą literkę, każdą kropkę, każdy przecinek, po prostu w s z y s t k o, co stworzył. Styl pisania Zielonego jest jedyny i niepowtarzalny, a do tego niesamowicie prawdziwy i zabawny. Dzięki jego powieści wzięłam udział w niesamowitej podróży, który z jednej strony się zakończyła, a z drugiej już na zawsze pozostanie w moim sercu. John Green zmusił mnie do spojrzenia z innej perspektywy na temat śmierci i zastanowienia się nad sensem życia. I dziękuję za ostatnie słowo w tej książce. Drugie z trzech najpiękniejszych słów świata. A wiecie jakie jest trzecie? Również nie zabrakło go w tym niesamowitym utworze.

Podczas czytania wiele razy śmiałam się i płakałam jednocześnie, wywołała u mnie całkowitą uczuciową bombę, która nieraz wybuchnęła. Miałam wrażenia, że literki spływają mi kącikami ust. Piękny kawałek dobrej literatury. I nie jest to książka o raku, ponieważ książka o raku to lipa... Jest to wspaniała opowieść o miłości. Moim skromnym zdaniem Green nie powiedział nam wszystkiego. Autor tylko łagodnie naciął skórkę, a do wnętrza ukrywającego pestkę czytelnik musi dotrzeć sam, przedzierając się przez miąższ własnych myśli...

„Czasami trafiasz na książkę, która przepełnia cię dziwną ewangeliczną gorliwością oraz niezachwianą pewnością, że roztrzaskany na kawałki świat nigdy już nie będzie stanowił całości, dopóki wszyscy żyjący ludzie jej nie przeczytają. Ale są też dzieła takie jak to, o których możesz opowiadać innym, książki tak rzadkie i wyjątkowe, i twoje, że dzielenie się nimi wydaje się niemalże zdradą.”

MOJA OCENA: poza skalą




piątek, 20 grudnia 2013

Co nowego + Uśmiechnij się!

Ostatni post 6. grudnia. Błagam nie róbcie mi krzywdy! Obiecuję, że od dzisiaj się poprawi. Przez te dwa czas. Weekend spędziłam na cudownych i wspaniałych rekolekcjach! A pozostałe dni, rozumiecie - szkoła, szkoła, szkoła i jeszcze raz szkoła. W grudniu, jak na razie, przeczytałam dopiero dwie książki...
tygodnie miałam pewnie problem... a dokładnie przeszkadzał mi pewnie wredny i złośliwy

Jeśli mam być szczera to dodać mogłam już coś w środę, ale miałam wtedy Bardzo Zły Dzień. Na szczęście mam najukochańszą na świecie Karolcię, która zmieniła Bardzo Zły Dzień na Bardzo Piękny Dzień(możecie przeczytać o tym na moich drugim blogu).

Mam nadzieję, że jutro uda mi się napisać jakaś recenzję lub artykuł - teraz wszystko w rękach weny twórczej. :)

A teraz kilka słów o mojej Uśmiechniętej akcji. 

Wczoraj miałam się już kłaść do łóżka, lecz nagle mnie olśniło, aby ostatni dzień szkoły w tym roku był radosny i uśmiechnięty. Szybko szukałam bloku technicznego z kolorowymi kartkami, markera i nożyczek. O to efekt:


Niestety zrobiłam tylko dwie takie kartki, dlatego, że była potwornie zmęczona. 


Na zdjęciu Kamila, która razem ze mną brała udział w Uśmiechniętym Spisku.
Osłaniała mnie, aby nikt mnie nie zobaczył.


Uwaga, teraz wszyscy dźwigają prawy kącik ust do góry, lewy kącik ust w stronę nieba!
Od razu świat jest piękniejszy, nieprawdaż?


Znalezione pod talerzykiem koleżanki podczas naszej klasowej wigilii. Moja klasa zrobiła napad na te uśmieszki, co było naprawdę cudowne. W przerwie świątecznej będę masowo tworzyć takie "plakaciki".


Zachęcam Was również do wzięcia razem ze mną udziału w tej akcji. Twórzmy razem uśmiechnięty świat! Taki jest lepszy i piękniejszy! Bo świat nigdy nie będzie dobry. Ale dzięki nam może być lepszy!





piątek, 6 grudnia 2013

043. KAMIENIE NA SZANIEC





Tytuł: Kamienie na szaniec 
Autor: Aleksander Kamiński
Ilość stron: 240
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Kategoria: literatura historyczna 


„Życie jest tylko wtedy coś warte i tylko wtedy daje radość, jeśli jest służbą. Formy służby mogą być zmienne i ciągle dostosowywane do potrzeb życia.”






Do tej pory wojna kojarzyła mi się głównie z bieganiem i strzelaniem z karabinu, czołgami, wybuchaniem granatów, Hitlerem... Definicja mówi, że wojna to zorganizowany konflikt zbrojny między państwami, narodami lub grupami etnicznymi i społecznymi. Dopiero po przeczytaniu Kamieni na szaniec zrozumiałam, że wojna to brutalne i okrutne zjawisko, które działa bez skrupułów, niszcząc wszystko na swojej drodze i odbiera ludziom wszystko, co ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Aleksander Kamiński przenosi nas do czasów II wojny światowej, do okupowanej Warszawy, gdzie poznajemy losy trzech chłopców - Rudego, Alka i Zośki, którzy stanęli oni w konieczności walki z okupantem. Miłość do ojczyzny oraz głębokie poczucie patriotyzmu nie pozwalają im siedzieć z założonymi rękami ani chować głowy w piasek...

Nie będę owijać w bawełnę. N i e n a w i d z ę lektur szkolnych. Nie znoszę ich, ponieważ na większości, najnormalniej w świecie, się zawiodłam. Na same słowo "lektura" krew mnie zalewa i dostaje białej gorączki. Niektóre w sumie nie były najgorsze, nawet mi się podobały, ale za omawianie na lekcjach dostają ode mnie sto minusowych punktów. Niewiele lektur wspominam dobrze, ale niektóre podobały mi się bardzo i zostały w mojej pamięci na bardzo długo. Zdecydowanie do tych książek należy moja ukochana Ania z Zielonego Wzgórza, a także Spotkanie nad morzem, Ten obcy, Jezioro osobliwości i Kamienie na szaniec. 

Pierwszy raz Kamienie na szaniec zaczęłam czytać rok temu na konkurs z polskiego. Przeczytałam wtedy tylko wstęp i
dwa rozdziały. Książka mnie nudziła i nie zmęczyłam jej do końca, zadowoliłam się streszczeniem. W tym roku nie czytałam wstępu, ponieważ miałam stare wydanie, które go nie zawierało. W związku z tym, że to lektura, czekałam z zaczęciem jej do ostatniej chwili. Jak to ja, otworzyłam książkę dopiero dzień przed omawianiem. Byłam nastawiona, że będzie to kolejna nudna i beznadziejna lektura. Ale było inaczej... Miałam wrażenie, że czytam całkiem inną historię, niż rok wcześniej. Ale książka raczej zmienić się nie mogła, to ja się zmieniłam...

„A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei. Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec.”

Jeśli mam być szczera książka wcale nie została dobrze napisana. Zbyt prosty i taki jakiś... dziwny. Momentami czytało mi się bardzo trudno, a także miałam chwile, że wszystko strasznie mi się dłużyło. Styl pisania nie powalił mnie na kolana, a do ideału droga dłuższa niż z Polski do Chin. Ale wydaje mi się, że w tej lekturze nie chodziło o to, żeby została napisana na szóstkę. Ważniejsze jest to, żeby przybliżyć nam dzieje chłopców, którzy potrafili pięknie żyć i pięknie umierać...

Wielki podziw, szacunek i uznanie budzi we mnie postawa Rudego, Alka i Zośki wobec rzeczywistości, w jakiej znalazła się ich Ojczyzna. To, w jaki sposób odnaleźli się w realiach wojny budzi we mnie także nadzieję... Nadzieję, na to, że można być dumnym z bycia Polakiem, a także na to, że w każdej sytuacji można pozostać człowiekiem...

Rudy, Alek i Zośka każde zadanie wykonywali z pełnym poświęceniem, niejednokrotnie ryzykując własne życie. Wielokrotnie wykazywali się odwagą i bohaterstwem. Czuli się odpowiedzialni nie tylko za kraj, ale również za podlegających im kolegów. A przyjaźń między nimi była naprawdę piękna...

Ich gotowość do walki w obronie ojczyzny oraz poczucie miłości do ojczyzny podkreślało piękno ich życia – życia, które całkowicie poświęcili służbie Polsce. Alek, Rudy i Zośka przez całe życie kierowali się wzniosłymi wartościami i ideami. Piękno ich życia pokazuje również ich piękna śmierć. Śmierć bez poczucia żalu, bez lęku. Śmierć poniesioną w czasie pełnienia służby ojczyźnie i w imię przyjaźni. Umierali z godnością oraz świadomością, że że warto było poświęcić swoje życie w imię miłości do ojczyzny.

Trudno jest mi ocenić Kamienie na szaniec. Za to jak została napisana daje jej 6 punktów. Lecz ta wzruszająca i wspaniała historia nie mieści się w skali... Moim skromnym zdaniem uczynienie tej książki lekturą zrobiło jej wielką krzywdę. Jednak z drugiej strony, wielu z nas nie poznało by tej pięknej historii Alka, Rudego i Zośki, którzy poświęcili swoje życie temu, abyśmy dzisiaj byli wolni...

„Kończy się w tym miejscu opowieść, choć walka toczy się dalej. Nieubłagana sprawiedliwość powoli, lecz nieodwołalnie zbliża karzącą dłoń ku gardłom zbrodniarzy świata. We krwi i męce tworzenia rodzi się polski świat Jutra, zamglony chaosem chwili. Walka trwa. Trzeba przerwać tę opowieść. Opowieść o wspaniałych ideałach BRATERSTWA i SŁUŻBY, o ludziach, którzy potrafią pięknie umierać i PIĘKNIE ŻYĆ”





poniedziałek, 2 grudnia 2013

PODSUMOWANIE LISTOPADA.



Listopad - od z a w s z e był moim znienawidzonym miesiącem. Przeżywam ten miesiąc z myślą "byle do grudnia". Ale w tym roku przeżyłam najcudowniejszy listopad mojego życia. Nie przeczytałam, wprawdzie, zbyt wielu książek ani nie byłam zbyt aktywna na blogu. To dwa z trzech największym minusów tego miesiąca.
A wydarzyło się tyle cudownych rzeczy - przeszłam do drugiego etapu olimpiady z historii, nawiązałam pierwsze współprace, zostałam redaktorką http://literatura.juventum.pl/, można wymieniać i wymieniać... Każdy powód jest dobry, by się cieszyć! :)


PRZECZYTANE KSIĄŻKI:
Noelka - Małgorzata Musierowicz
Harry Potter i Insygnia Śmierci - J.K. Rowling
W pierścieniu ognia - Susanne Collins
W dżungli podświadomości - Beata Pawlikowska
Droga do Zielonego Wzgórza - Budge Wilson
A.B.C - Agata Christie
I nie było już nikogo - Agata Christie
Wiatr. Wiadomość do mnie - Maria Dubini
Kamienia na szaniec - Aleksander Kamińśki
ILOŚĆ PRZECZYTANYCH STRON:  ok. 2247 czyli średnio 75 stron dziennie.
LICZBA WPISÓW NA BLOGU: 8
LICZBA RECENZJI: 4
LICZNIK ODWIEDZIN OD POCZĄTKU BLOGA: + 3710 = 28483
LICZBA KOMENTARZY OD POCZĄTKU BLOGA: + 83 = 609
LICZBA OBSERWATORÓW: + 15 = 91
LICZBA FANÓW NA FANPAGE : + 20 = 107
KSIĄŻKI, KTÓRE NAJBARDZIEJ PODOBAŁY MI SIĘ: Droga do Zielonego Wzgórza, I nie było już nikogo, W pierścieniu ognia
KSIĄŻKA, KTÓRA NAJBARDZIEJ MNIE ROZCZAROWAŁA:  W dżungli poświadomości
NAWIĄZANE WSPÓŁPRACE: Wydawnictwo Filia, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Dreams, literatura.juventum.pl


Zaczął się grudzień - jeden z moich ukochanych miesięcy. Kocham przygotowania do świąt, a same święta jeszcze bardziej. Ostatnie, niestety, nie były jakoś super udane, ale mam nadzieję, że te będą lepsze.
Zaczyna się tworzenie bombek i kartek, które potem będę wysyłać moim cudownym przyjaciołom.
A poza tym, jako osoba, która musi zajmować się dosłownie wszystkim, bo inaczej czuje się niespełniona - od tego miesiąca po dwumiesięcznej przerwie wracam do gry na pianinie, po trzyletniej przerwie znowu będę grała na flecie, prawdopodobnie zacznę zajęcia teatralne... To będzie c u d o w n y miesiąc!

A jak Wasz listopad? :)

Życzę Wam wszystkich, żeby cudownego, pięknego, spokojnego, dobrego grudnia, samych radości, jak najmniej smutnych chwil. Enjoy :*


piątek, 29 listopada 2013

042. KRONIKI PRYDAINU. KSIĘGA TRZECH.




 Tytuł: Kroniki Prydainu #1. Księga Trzech
Autor: Lloyd Alexander
Ilość stron: 275
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: literatura dziecięca/młodzieżowa


 "[...] masz dobre serce, a dobre serce jest o wiele ważniejsze niż rozum".



Mieszkańcy Prydainu wiedli spokojne i beztroskie życie. Wszystko zmieniło się, gdy w Krainie pojawił się wyjątkowo niebezpieczny i okrutny Rogaty Król, który niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Na pomoc Prydainowi wyrusza młodszy świniopas Taran, razem ze swoją ferajną - księżniczką Eilonwy, nieustraszonym rycerzem Gwydinion oraz Gurgim. Czy uda im się uratować Krainę? Czy pokonają Rogatego Króla?

Nie wiem, czy wiecie, ale jest to ukochana baśń Cassandry Clare, autorki Darów Anioła. Kroniki Prydainu są nawet starsze od mojego taty, pierwszy tom, czyli Księga Trzech została napisana w 1964r. W Polsce ukazała się dopiero w tego roku.
Na okładce widnieje hasło, które porównuje Kroniki Prydainu do Opowieści z Narnii i Władcy Pierścieni. Czy faktycznie Księga Trzech ma w sobie tę samą magię? Czy Lloyd Alexander stworzył równie piękną krainę, co mój ukochany C.S. Lewis?


"Czasami więcej nas uczy szukanie odpowiedzi niż sama odpowiedź."

Księga trzech została napisała całkiem dobrym językiem. Niektóre fragmenty wywoływały u mnie uśmiech, można też się doszukać kilku mądrości. Kraina Prydainu to jednak nie to samo, co Narnia. Możliwe, że gdybym przeczytała ją w dzieciństwie, byłoby inaczej. Książka jest bowiem przeznaczona bardziej dla dzieci, niż dla młodzieży. Nie uważam, że czytanie tej książki było czasem straconym - wręcz przeciwnie. Miło było na kilka chwil poczuć się znowu dzieckiem, którego największy problemem jest oczko, które odleciało ukochanemu misiowi czy to, żeby mama nie dowiedziała się, że razem z przyjaciółką zużyłam jej całą szminkę.

Jako, że uwielbiam mitologię, książka otrzymała ode mnie sto punktów już na starcie. Dla autora inspiracją były starowalijskie podania. Bardzo mnie to zaciekawiło i postanowiłam, że muszę uzupełnić moje braki związane z mitologią celtycką - przecież świat nie kończy się na wierzeniach Greków i Egipcjan, które uwielbiam zresztą.

Księga Trzech nie jest historią skomplikowaną jak płatek śniegu. Wręcz przeciwnie - to prosta i zarazem mądra opowieść. Podczas czytania miałam dwie albo trzy takie sytuacje, że historia bardzo mnie nudziła. W tych miejscach treść prześlizgiwała się przez mój mózg, nie pozostawiając w nim żadnego śladu. Na szczęście takich momentów nie było zbyt wiele. Historia nie dorównała Lewisowi, ale mimo wszystko książka jest bardzo dobra.

"Nie należy nikomu odmawiać pomocy, ale nie wolno również jej odrzucać, gdy ktoś wyciąga do nas rękę."

Największym atutem Księgi Trzech zdecydowanie są postacie. Polubiłam szczególnie dwie, które wywołały u mnie najwięcej uśmiechów. Przesympatyczny Gurgi(i jego chrupanko-mlaskanko) jest po prostu p r z e k o c h a n y.  Jeszcze większą sympatią obdarzyłam Eilonwy - ta dziewczyna jest po prostu genialna! Uwieeeelbiam jej spojrzenie na świat, oryginalny styl życia i pogodne nastawienie. Jak nie kochać osoby, która jest autorką słów takich jak: "To niemądre złościć się, że nie możemy zrobić czego, czego po prostu nie możemy zrobić. To jest gorsze niż stawać na głowie, licząc na to, że od tego się urośnie." czy "Uwielbiam patrzeć jak dwoje przyjaciół wita się po długim rozstaniu. To tak, jakby się człowiek budził, a za oknem świeciło słońce." No ja, powiedzcie mi jak? Nasz główny bohater - Taran, też jest postacią godną uwagi. Mimo wad, jest naprawdę uroczy i tak słodziutko głupiutki.

Księga Trzech może być idealnym prezentem na święta dla Waszego młodszego rodzeństwa lub kuzynostwa. Książka jest przeznaczona przede wszystkim dla dzieciaków, ale myślę, że starsi również spędzą miło czas podczas czytania, a przy okazji powrócą, chociaż na chwilkę, do beztroskich lat dzieciństwa. Momentami nudna, momentami przewidywalna, lecz mimo wszystko bardzo dobra. Jest to opowieść o poszukiwaniu własnej osobowości i walce dobra ze złem. Serdecznie polecam!


MOJA OCENA: 7-/10

Za możliwość znalezienia się w Krainie Prydainu serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia!