Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Najlepsze książki 2013 roku

Rok 2013, wprawdzie, jeszcze się nie skończył i mam jeszcze cztery dni na czytanie, ale postanowiłam właśnie dzisiaj zrobić listę najlepszych książek tego roku.


Gwiazd naszych wina
- John Green

Chyba żadna inna książka, nie wywołała u mnie tyle emocji, co Gwiazd naszych wina. Chciałabym napisać jedno zdanie podsumowujące tę cudowną powieść, ale po prostu brakuje mi słów. Te trzydzieści dwie litery alfabetu nie wystarczą, żeby przekazać to, jak bardzo podobała mi się ta książka.






Baśniarz - Antonia Michaelis

Jest to książka, która nie do końca złapała mnie za serce. Ona złapała mnie za duszę. Mistrzostwo świata.






Delirium - Lauren Oliver

Tak, zdecydowanie o tej książce mogłabym rozwodzić się bardzo długo. Delirium z jednej strony mnie oczarowało, a z drugiej mną wstrząsnęło. Genialna pozycja.







Dotyk Julii -
Teherin Mafi


Niesamowita. Wspaniała. Niepowtarzalna. Genialna. Cudowna. Kapitalna. Wstrząsająca. Rewelacyjna. Fenomenalna.







Alchemia miłości - Eve Edwards

Wspaniała historia, pokochałam ją od pierwszej strony. Piękna powieść o miłości, a także poświęceniu i trudnych wyborach.







Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón

Książka o książce po prostu nie mogła się nie udać! Każda z 516 stron tej wspaniałej powieści oddychała, jest to jedna z tych książek, które mają duszę.







Planeta dobrych myśli - Beata Pawlikowska

Tę książkę od początku do końca przeczytałam z uśmiechem na ustach. Prawdziwa perełka.







Gone. Zniknęli. Faza pierwsza - niepokój - Michael Grant

Pierwszy tom niesamowitej serii. Przede mną jeszcze dwie ostatnie części, ale pierwsze cztery czytałam w ekspresowym tempie z wypiekami na twarzy.







Miasto kości - Cassandra Clare

Historia naprawdę wyśmienita, przecudowne postacie i dobry styl pisania. Rozkochałam się w tym cyklu.







Złodziej pioruna - Rick Riordan

Uwielbiam!
I to by było na tyle, jeśli chodzi o tę książkę.







Niebo jest wszędzie - Jandy Nelson

Książka chwyta za serce i wyciska miliony łez. Jest piękna i taka niesamowicie prawdziwa.







Baśnie barda Beedle'a - J.K. Rowling

Idealna dla każdego fana Harry'ego Pottera. Zakochałam się w tej książeczce.








Wszystko, tylko nie mięta - Ewa Nowak

Zdecydowanie polska książka roku. Podczas czytania dosłownie płakałam ze śmiechu.







I standardowo: jak u Was to wygląda? Które książki przeczytane w tym roku podobały Wam się najbardziej? Mamy podobnych faworytów?

Zapraszam do polubienia fanpage oraz na mojego drugiego bloga.






środa, 25 grudnia 2013

Świąteczny stos


Tak, zdecydowanie stosikiem nazwać tego się nie da... Większość książek wypożyczyłam z biblioteki, podczas mojego poniedziałkowego napadu. Pobiłam mój rekord, wypożyczając za jednym razem dwadzieścia siedem książek(w tym trzy dla siostry i pięć dla mamy). Książki, w dwóch reklamówkach, musiałam zanieść z biblioteki na dworzec - jakieś piętnaście minut drogi. Niestety, nie umiałam ich unieść... Zostawiłam, więc jedną reklamówkę u najcudowniejszej bibliotekarki i mojej najwspanialszej dilerki pani Gosi. Dotarłam na dworzec z jedną, spotkałam tam znajomych, z którymi poszłam na Rynek(kolega niósł reklamówkę - cóż za ulga!), a przy okazji(całkowicie przypadkowo) zahaczyliśmy o ulicę Zamkową, na której znajduje się najlepsza biblioteka na świecie. Dzięki cudownym Karolinie, Dominikowi i Mateuszowi wszystkie książki dotarły całe i zdrowe do domu.


Od góry:  Szukając Noel - zaczęłam ją wczoraj przed wyjściem na pasterkę i zaraz będę kończyć. Niżej Gra w kłamstwa, Szczęściara, Trzy metry na niebem, Zawsze przy mnie stój, Przez burzę ognia, Pamiętnik narkomanki, Urzekająca, Vilette i Linia Życia. A obok wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza, które kiedyś należały do mojej mamy. Każda z nich ma co najmniej dwadzieścia lat - cudeńka! Wreszcie się zmobilizowałam, żeby nadrobić zaległości związane z Anią.
Z tej części najbardziej nie mogę się doczekać lektury Szczęściary, Gry w kłamstwa, Trzech metrów nad niebem i Urzekającej. 


Od góry: dwie pierwsze części Felixa, Neta i Niki - pierwszy tom już zaczęłam czytać i na razie, mimo długich rozdziałów, bardzo mi się podoba. Niżej  cztery tomy mojej ukochanej Jeżycjady. Wypożyczyłam także Harry'ego Pottera - moja ukochana saga. Przeczytałam już każdy tom pięć razy, a wypożyczam je jeszcze częściej, chociażby dlatego, żeby sobie poleżały na mojej półce. Wreszcie udało mi się dorwać Diabelskie maszyny! Pierwszy tom wypożyczyłam już podczas ostatniej wizyty w bibliotece, kiedy to dosłownie się na niego rzuciłam. Na samym dole Deklaracja. 
Obok już cudeńka, które należą do mnie: Papierowe miasta - prezent od Mikołaja, Gwiazd naszych wina(recenzja) oraz Baśniobór dostałam na początku miesiąca od rodziców, w nagrodę za dostanie się do drugiego etapu olimpiady z historii, później Wielki Gatbsy - prezent od znajomej oraz na samym końcu Fałszywy książę i Złodziejka książek - znalezione wczoraj pod choinką.

Więc teraz do 6 stycznia czytam ile wlezie, a książek mi na pewno nie braknie, bo mam jeszcze kilka(naście) na półkach. Możliwe, że nie przeczytam wszystkich wypożyczonych książek, ale przynajmniej czuję się kochana i bezpieczna, będąc z nimi w jednym pokoju. Moi kuzyni(i nie tylko, zresztą) uważają, że mam zaburzenia psychiczne, jestem nienormalna i coś ze mną nie halo, ale i tak ich kocham.

A jak Wasze święta? Dostaliście jakieś ciekawe książki?
I tradycyjnie - co polecacie, znacie, odradzacie?
Wszystkiego dobrego! ♥


piątek, 6 grudnia 2013

043. KAMIENIE NA SZANIEC





Tytuł: Kamienie na szaniec 
Autor: Aleksander Kamiński
Ilość stron: 240
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Kategoria: literatura historyczna 


„Życie jest tylko wtedy coś warte i tylko wtedy daje radość, jeśli jest służbą. Formy służby mogą być zmienne i ciągle dostosowywane do potrzeb życia.”






Do tej pory wojna kojarzyła mi się głównie z bieganiem i strzelaniem z karabinu, czołgami, wybuchaniem granatów, Hitlerem... Definicja mówi, że wojna to zorganizowany konflikt zbrojny między państwami, narodami lub grupami etnicznymi i społecznymi. Dopiero po przeczytaniu Kamieni na szaniec zrozumiałam, że wojna to brutalne i okrutne zjawisko, które działa bez skrupułów, niszcząc wszystko na swojej drodze i odbiera ludziom wszystko, co ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Aleksander Kamiński przenosi nas do czasów II wojny światowej, do okupowanej Warszawy, gdzie poznajemy losy trzech chłopców - Rudego, Alka i Zośki, którzy stanęli oni w konieczności walki z okupantem. Miłość do ojczyzny oraz głębokie poczucie patriotyzmu nie pozwalają im siedzieć z założonymi rękami ani chować głowy w piasek...

Nie będę owijać w bawełnę. N i e n a w i d z ę lektur szkolnych. Nie znoszę ich, ponieważ na większości, najnormalniej w świecie, się zawiodłam. Na same słowo "lektura" krew mnie zalewa i dostaje białej gorączki. Niektóre w sumie nie były najgorsze, nawet mi się podobały, ale za omawianie na lekcjach dostają ode mnie sto minusowych punktów. Niewiele lektur wspominam dobrze, ale niektóre podobały mi się bardzo i zostały w mojej pamięci na bardzo długo. Zdecydowanie do tych książek należy moja ukochana Ania z Zielonego Wzgórza, a także Spotkanie nad morzem, Ten obcy, Jezioro osobliwości i Kamienie na szaniec. 

Pierwszy raz Kamienie na szaniec zaczęłam czytać rok temu na konkurs z polskiego. Przeczytałam wtedy tylko wstęp i
dwa rozdziały. Książka mnie nudziła i nie zmęczyłam jej do końca, zadowoliłam się streszczeniem. W tym roku nie czytałam wstępu, ponieważ miałam stare wydanie, które go nie zawierało. W związku z tym, że to lektura, czekałam z zaczęciem jej do ostatniej chwili. Jak to ja, otworzyłam książkę dopiero dzień przed omawianiem. Byłam nastawiona, że będzie to kolejna nudna i beznadziejna lektura. Ale było inaczej... Miałam wrażenie, że czytam całkiem inną historię, niż rok wcześniej. Ale książka raczej zmienić się nie mogła, to ja się zmieniłam...

„A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei. Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec.”

Jeśli mam być szczera książka wcale nie została dobrze napisana. Zbyt prosty i taki jakiś... dziwny. Momentami czytało mi się bardzo trudno, a także miałam chwile, że wszystko strasznie mi się dłużyło. Styl pisania nie powalił mnie na kolana, a do ideału droga dłuższa niż z Polski do Chin. Ale wydaje mi się, że w tej lekturze nie chodziło o to, żeby została napisana na szóstkę. Ważniejsze jest to, żeby przybliżyć nam dzieje chłopców, którzy potrafili pięknie żyć i pięknie umierać...

Wielki podziw, szacunek i uznanie budzi we mnie postawa Rudego, Alka i Zośki wobec rzeczywistości, w jakiej znalazła się ich Ojczyzna. To, w jaki sposób odnaleźli się w realiach wojny budzi we mnie także nadzieję... Nadzieję, na to, że można być dumnym z bycia Polakiem, a także na to, że w każdej sytuacji można pozostać człowiekiem...

Rudy, Alek i Zośka każde zadanie wykonywali z pełnym poświęceniem, niejednokrotnie ryzykując własne życie. Wielokrotnie wykazywali się odwagą i bohaterstwem. Czuli się odpowiedzialni nie tylko za kraj, ale również za podlegających im kolegów. A przyjaźń między nimi była naprawdę piękna...

Ich gotowość do walki w obronie ojczyzny oraz poczucie miłości do ojczyzny podkreślało piękno ich życia – życia, które całkowicie poświęcili służbie Polsce. Alek, Rudy i Zośka przez całe życie kierowali się wzniosłymi wartościami i ideami. Piękno ich życia pokazuje również ich piękna śmierć. Śmierć bez poczucia żalu, bez lęku. Śmierć poniesioną w czasie pełnienia służby ojczyźnie i w imię przyjaźni. Umierali z godnością oraz świadomością, że że warto było poświęcić swoje życie w imię miłości do ojczyzny.

Trudno jest mi ocenić Kamienie na szaniec. Za to jak została napisana daje jej 6 punktów. Lecz ta wzruszająca i wspaniała historia nie mieści się w skali... Moim skromnym zdaniem uczynienie tej książki lekturą zrobiło jej wielką krzywdę. Jednak z drugiej strony, wielu z nas nie poznało by tej pięknej historii Alka, Rudego i Zośki, którzy poświęcili swoje życie temu, abyśmy dzisiaj byli wolni...

„Kończy się w tym miejscu opowieść, choć walka toczy się dalej. Nieubłagana sprawiedliwość powoli, lecz nieodwołalnie zbliża karzącą dłoń ku gardłom zbrodniarzy świata. We krwi i męce tworzenia rodzi się polski świat Jutra, zamglony chaosem chwili. Walka trwa. Trzeba przerwać tę opowieść. Opowieść o wspaniałych ideałach BRATERSTWA i SŁUŻBY, o ludziach, którzy potrafią pięknie umierać i PIĘKNIE ŻYĆ”





piątek, 29 listopada 2013

042. KRONIKI PRYDAINU. KSIĘGA TRZECH.




 Tytuł: Kroniki Prydainu #1. Księga Trzech
Autor: Lloyd Alexander
Ilość stron: 275
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: literatura dziecięca/młodzieżowa


 "[...] masz dobre serce, a dobre serce jest o wiele ważniejsze niż rozum".



Mieszkańcy Prydainu wiedli spokojne i beztroskie życie. Wszystko zmieniło się, gdy w Krainie pojawił się wyjątkowo niebezpieczny i okrutny Rogaty Król, który niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Na pomoc Prydainowi wyrusza młodszy świniopas Taran, razem ze swoją ferajną - księżniczką Eilonwy, nieustraszonym rycerzem Gwydinion oraz Gurgim. Czy uda im się uratować Krainę? Czy pokonają Rogatego Króla?

Nie wiem, czy wiecie, ale jest to ukochana baśń Cassandry Clare, autorki Darów Anioła. Kroniki Prydainu są nawet starsze od mojego taty, pierwszy tom, czyli Księga Trzech została napisana w 1964r. W Polsce ukazała się dopiero w tego roku.
Na okładce widnieje hasło, które porównuje Kroniki Prydainu do Opowieści z Narnii i Władcy Pierścieni. Czy faktycznie Księga Trzech ma w sobie tę samą magię? Czy Lloyd Alexander stworzył równie piękną krainę, co mój ukochany C.S. Lewis?


"Czasami więcej nas uczy szukanie odpowiedzi niż sama odpowiedź."

Księga trzech została napisała całkiem dobrym językiem. Niektóre fragmenty wywoływały u mnie uśmiech, można też się doszukać kilku mądrości. Kraina Prydainu to jednak nie to samo, co Narnia. Możliwe, że gdybym przeczytała ją w dzieciństwie, byłoby inaczej. Książka jest bowiem przeznaczona bardziej dla dzieci, niż dla młodzieży. Nie uważam, że czytanie tej książki było czasem straconym - wręcz przeciwnie. Miło było na kilka chwil poczuć się znowu dzieckiem, którego największy problemem jest oczko, które odleciało ukochanemu misiowi czy to, żeby mama nie dowiedziała się, że razem z przyjaciółką zużyłam jej całą szminkę.

Jako, że uwielbiam mitologię, książka otrzymała ode mnie sto punktów już na starcie. Dla autora inspiracją były starowalijskie podania. Bardzo mnie to zaciekawiło i postanowiłam, że muszę uzupełnić moje braki związane z mitologią celtycką - przecież świat nie kończy się na wierzeniach Greków i Egipcjan, które uwielbiam zresztą.

Księga Trzech nie jest historią skomplikowaną jak płatek śniegu. Wręcz przeciwnie - to prosta i zarazem mądra opowieść. Podczas czytania miałam dwie albo trzy takie sytuacje, że historia bardzo mnie nudziła. W tych miejscach treść prześlizgiwała się przez mój mózg, nie pozostawiając w nim żadnego śladu. Na szczęście takich momentów nie było zbyt wiele. Historia nie dorównała Lewisowi, ale mimo wszystko książka jest bardzo dobra.

"Nie należy nikomu odmawiać pomocy, ale nie wolno również jej odrzucać, gdy ktoś wyciąga do nas rękę."

Największym atutem Księgi Trzech zdecydowanie są postacie. Polubiłam szczególnie dwie, które wywołały u mnie najwięcej uśmiechów. Przesympatyczny Gurgi(i jego chrupanko-mlaskanko) jest po prostu p r z e k o c h a n y.  Jeszcze większą sympatią obdarzyłam Eilonwy - ta dziewczyna jest po prostu genialna! Uwieeeelbiam jej spojrzenie na świat, oryginalny styl życia i pogodne nastawienie. Jak nie kochać osoby, która jest autorką słów takich jak: "To niemądre złościć się, że nie możemy zrobić czego, czego po prostu nie możemy zrobić. To jest gorsze niż stawać na głowie, licząc na to, że od tego się urośnie." czy "Uwielbiam patrzeć jak dwoje przyjaciół wita się po długim rozstaniu. To tak, jakby się człowiek budził, a za oknem świeciło słońce." No ja, powiedzcie mi jak? Nasz główny bohater - Taran, też jest postacią godną uwagi. Mimo wad, jest naprawdę uroczy i tak słodziutko głupiutki.

Księga Trzech może być idealnym prezentem na święta dla Waszego młodszego rodzeństwa lub kuzynostwa. Książka jest przeznaczona przede wszystkim dla dzieciaków, ale myślę, że starsi również spędzą miło czas podczas czytania, a przy okazji powrócą, chociaż na chwilkę, do beztroskich lat dzieciństwa. Momentami nudna, momentami przewidywalna, lecz mimo wszystko bardzo dobra. Jest to opowieść o poszukiwaniu własnej osobowości i walce dobra ze złem. Serdecznie polecam!


MOJA OCENA: 7-/10

Za możliwość znalezienia się w Krainie Prydainu serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia!

 


niedziela, 24 listopada 2013

TRZY SPOTKANIA Z AGATĄ CHRISTIE {039-041}



Chyba każdy z nas choć raz usłyszał nazwisko Agaty Christie. Nie znać mistrzyni kryminału to tak jakby nie wiedzieć, kto jest naszym wieszczem narodowym. Ja z Agatą Christie mam styczność od bardzo dawna. Moja mama, od zawsze, namiętnie wczytuje się w jej dzieła. Przeczytała chyba wszystkie jej książki, większość kilka razy. Polecała mi zapoznać się z jej twórczością, ale ja zawsze odkładałam to na później. Zmobilizowała mnie dopiero szkolna lektura - Dwanaście prac Herkulesa. Po przeczytaniu zastanawiałam się, jaką przeczytać teraz. Przyjaciółka zrobiła mi listę, a ja wybrałam z niej dwie - I nie było już nikogo oraz A.B.C.




{039.} DWANAŚCIE PRAC HERKULESA

Herkules Poirot - detektyw, który sławą dorównuje Sherlock Holmes, postanawia zakończyć swoją karierę i... hodować dynie. Zakończeniem jego pracy ma być wykonanie dwunastu prac swego starożytnego imiennika. W końcu na koniec musi zrobić coś spektakularnego!

Dwanaście prac Herkulesa jest zbiorem dwunastu opowiadań. Każde zadanie Poirota jest ciekawe i każde kończy się powodzeniem. W końcu dla Herkulesa nie ma rzeczy niemożliwych! Detektyw dobrze wykuje swoją pracę, aż do samego końca.

Moim zdaniem jest to jedna z lepszych lektur, jakie przeczytałam. Książka na początku podobała mi się bardziej, niż teraz, bo za omawianie jej w szkole, dostała ode mnie punkty ujemne. Szczególnie spodobały mi się opowiadanie o Stajniach Augiasza i Byku Kreteńskim. Dwanaście prac Herkulesa to pozycja godna uwagi. Jest ciekawa i zaskakująca. Nie brakuje morderstw, porwań, kradzieży, a przede wszystkim zagadek.


                                    MOJA OCENA: 6+/10


{040.} I NIE BYŁO JUŻ NIKOGO
Dziesięć nieznanych sobie osób przybywa na jedną wyspę po otrzymaniu zaproszeniu od tajemniczego pana U.N. Owen'a. Na miejscu okazuje się, że nie ma gospodarza, a powrót jest niemożliwy, w związku ze złymi warunkami pogodowymi. Każda z osób skrywa w sobie mroczną tajemnicę, która nigdy wcześniej nie ujrzała światła dziennego. Zaczyna się fascynująca historia, ponieważ osoba, która zaprosiła tę dziesiątkę na wyspę ma w tym swój cel.

Skończyłam czytać tę książkę ok. 23.30 i od razu poszłam spać. Oczywiście przez moją chorą wyobraźnię nie zasnęłam przez następne półtora godziny. Ciągle miałam wrażenie, że ktoś jest w pokoju i chce mnie zabić. Każdy dźwięk wydawał mi się podejrzany.

I nie było już nikogo to zdecydowanie najlepsza pozycja tego posta. Niesamowita, trzymająca w napięciu z jednej strony nieprzewidywalna i wciągająca. Serdecznie polecam wszystkim, jest to rewelacyjny kryminał. 
MOJA OCENA: 8/10



{041.} A.B.C

 
Pewnego dnia sławny i niezawodny Herkules Poirot dostaje anonimowy list od tajemniczego A.B.C., który wzywa go na "pojedynek". Morderca wybiera ofiary w porządku alfabetycznym - nazwisko i miejsce zamieszkania musi zaczynać się na kolejną literę alfabetu. Czy Herkulesowi uda się schwytać mordercę, zanim skończy swój diabelski plan?

Największym plusem tej książki jest sam pomysł na zabójstwa. Mimo tego, że za czynami mordercy przemawiało szaleństwo, plan był genialny, tego faktu podważyć się nie da. Alfabet, który może kojarzyć się z dzieciństwem, staje się bronią...

A.B.C. podobało mi się najmniej z tej trójki. Mimo interesującej zagadki, świetnego pomysłu i zaskakującej końcówki, książka mnie nie powaliła, a momentami nawet mnie nudziła. Mimo wszystko zarówno A.B.C, jak i Dwanaście prac Herkulesa oraz I nie było już nikogo serdecznie polecam wszystkim, nie tylko fanom kryminału.
 MOJA OCENA: 6/10

A przy okazji mam pytanie dla Was - jakie kryminały pani Christie są warte uwagi? :)







sobota, 16 listopada 2013

038. POLLYANNA





Tytuł: Pollyanna
Autor: Eleanor Hodgeman Porter
Ilość stron: 270
Kategoria: literatura dziecięca/młodzieżowa


"Ta szara masa kamieni była mi mieszkaniem, nigdy domem, bo nie ma domu tam, gdzie nie ma kobiecej ręki i kobiecego serca lub gdzie brak dziecka. A ja nic z tego nie miałem.”




Pollyanna, jeszcze jako mała dziewczynka, straciła rodziców. Z tego powodu musi zamieszkać ze swoją oschłą ciocią Polly. Kobieta zapewnia dziewczynce dach nad głową, jedzenie i najlepszą naukę. Niestety, nie okazuje swoje siostrzenicy żadnych uczuć. Dziewczynka, na szczęście, nie przejmuje się tym za bardzo, wręcz przeciwnie - mimo tego, że po stracie rodziców zawalił jej się świat i obojętności ciotki, Pollyanna tryska radością i wydaje się być najszczęśliwszą osobą pod słońcem. A to wszystko zawdzięcza pewnej grze, która polega na znajdowaniu powodów do radości we wszystkim, nawet w najokropniejszych rzeczach. Zdobywa serce wszystkich dookoła i zaraża ich swoim optymizmem. Czy uda jej się zdobyć te najważniejsze serce, dzięki któremu poczuje się kochana?

Ach, Pollyanna. To zdecydowanie jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa. Przeczytałam ją Pollyannę kilkadziesiąt razy, czasami nawet trzy razy pod rząd. Pollyanna, podobnie jak Ania Shirley, jest lekarstwem na prawie wszystkie smutki tego świata. Idealna książka na każdy dzień - i na ten dobry i na ten zły. Ja dzisiaj mam, niestety, ten drugi i mimo że nie mam czasu ani czytać, ani prowadzić bloga(za co przepraszam, poprawi się to w przyszłym tygodniu), to chcę przeczytać

Bohaterowie książki są różnorodni. Jedni zgorzkniali, żyjący w żałobie czy będący odmieńcami w społeczeństwie. Drudzy weseli i dobroduszni. Tych drugich, z Pollyanną na czele, jest zdecydowanie więcej. Do tych pierwszych niewątpliwie można zaliczyć panią Snow, ciocię Polly i pana Pendletona. Na szczęście, w głębi duszy mają oni odrobinkę(a nawet dużo, dużo więcej) dobra, tylko zakładają maski, które pokazują ich gorszą stronę. Za prawą tej uroczej i kochanej dziewczynki smutna część miasteczka dołączą do radosnego grona. Pollyanna to prawdziwy skarb dla mieszkańców Beldingsville, taka perełka byłaby potrzebna w każdym miejscu. Niestety, Pollyanny ani Ani Shirley z książki nie wyciągniemy. Może czas na nas, żeby zarazić optymizmem innych?

Każdy z nas inaczej definiuje szczęście. Dla każdego z nas znaczy ono coś innego, postrzegamy je w innej postaci. Jedni, tak jak Pollyanna, potrafią cieszyć się z każdej rzeczy. Niestety, ci ludzie stanowią mniejszość. Tak wiele ludzi marudzi i narzeka. Czasami mam wrażenie, obserwując ludzi, że Polacy, oprócz skarpetek do sandałów i Biedronki, powinni być kojarzeni z narzekaniem. Każdy z nas kiedyś marudził, marudzą i będzie marudzić. A na co? Na wszystko. Za zimno, za ciepło, za drogo, za daleko, za tłoczno... Niektórym nie dogodzisz. Wszystko wokół nas stanowi 'dobry' powód do marudzenia. Moim zdaniem marudzenie to okropna rzecz, której strasznie nienawidzę. Jako Polka mam tą straszną cechę w genach. Walczę z nią, czasami uda mi się ją pokonać, ale nie rzadziej o ona wygrywa. Idealną terapią na marudzenie jest gra w radość. Wiele razy w nią grałam. Najpierw przez kilka lat w podstawówce, potem w pierwszej i drugiej gimnazjum przeżywałam kryzys, ale teraz znowu do niej wracam. Cieszenie się z każdego głupstwa, z różnych małych rzeczy przynosi mi nawet więcej radości niż te "duże" rzeczy. Niestety, Pollyanną nie jestem i z nie zawsze potrafię odnaleźć powód do uśmiechu w tych okropnych sytuacjach, ale może małymi kroczkami mi się uda.

Pollyanna to prawdziwy skarb. Straciła najbliższe jej sercu osoby, zamieszkała ze zgorzkniałą ciotką, która nie okazuje jej ani krzty pozytywnych uczuć. Co zrobilibyśmy w takim momencie? Depresja, załamka, dołek, godziny spędzone w pokoju na płakaniu w poduszkę, stajemy się zamknięci i cisi, zamykamy się w sobie, tracimy wiarę i uważamy się za największych nieszczęśników na świecie. Ale nie Pollyanna - co to to nie. Dalej gra w swoją grę w zadowolenie, zarażając radością i szczęściem wszystkich dookoła.

Z mojego całego i małego serduszka polecam Wam Pollyannę. Zaczyna się okres depresji i dołków, a Pollyanna jest wspaniałym lekiem. Z drugiej strony może Was też czymś zarazić. Ale ten wirus jest całkiem nieszkodliwy, wręcz przeciwnie! Mam nadzieję, że ta cudowna dziewczynka zarazi Was radością do życia i miłością do wszystkiego wokół. Powieść może wydawać się troszkę naiwna, ale mi to nie przeszkadza. Książka została napisana pięknym, a zarazem prostym językiem. Pollyannę polecam przede wszystkim smutasom, bo każdy w życiu potrzebuje radości. Dzięki Pollyannie możemy dostrzec, jak wspaniałe i piękne jest cieszenie się z życia i niesienie ludziom pomocy dobrym słowem i ciepłym gestem. Książka ma naprawdę niesamowitą moc. 

„Widzisz, chciałam mieć lalkę i tatuś o nią poprosił, ale kiedy nadesłano zebrane dary, nie było w nich ani jednej lalki, tylko małe, drewniane inwalidzkie kule. I wtedy to się zaczęło.[...] Należy we wszystkim zawsze dojrzeć jakąś dobrą stronę i cieszyć się z niej, obojętnie jaką. I graliśmy w to od tego czasu. A im trudniej, tym większa radość, gdy się z tego wybrnie; tylko... tylko, że czasem to jednak za trudne...”
MOJA OCENA: 9/10



piątek, 1 listopada 2013

PODSUMOWANIE PAŹDZIERNIKA.




I skończył się październik. Nie był idealny, ale mimo wszystko wspaniały. Miał swoje cienie i blaski, a tych drugich było zdecydowanie więcej. Byłam na Targach Książki w Krakowie [fotorelacja], wyniosłam pół biblioteki(po raz trzeci przekroczyłam limit wypożyczonych książek(30) - ale to się wytnie), kupiłam Tam, gdzie śpiewają drzewa, przeczytałam 10 książek i przeżyłam wiele cudownych chwil. ♥





PRZECZYTANE KSIĄŻKI:
Córka medium - Alyxandra Harvey
Królestwo łabędzi - Zoe Marriott
Larista - Melissa Darwood
Wroniec - Jacek Dukaj
Delirium - Lauren Oliver
Niebo jest wszędzie - Jandy Nelson
Baśniarz - Antonia Michaelis
Przewodnik Nocnego Łowcy - Mimi O'Connor
Alchemia miłości - Eve Edwards
Miasto szkła - Cassandra Clare
ILOŚĆ PRZECZYTANYCH STRON:  ok. 3386(o 1000 więcej niż miesiąc temu!) czyli średnio 109 stron dziennie.
LICZBA WPISÓW NA BLOGU: 12
LICZBA RECENZJI: 6
LICZNIK ODWIEDZIN OD POCZĄTKU BLOGA: + 3230 = 24539
LICZBA KOMENTARZY OD POCZĄTKU BLOGA: + 131 = 526
LICZBA OBSERWATORÓW: + 8 = 76
LICZBA FANÓW NA FANPAGE : + 25 = 87
KSIĄŻKI, KTÓRE NAJBARDZIEJ PODOBAŁY MI SIĘ: Delirium, Baśniarz, Alchemia miłości, Miasto szkła, Niebo jest wszędzie, Córka medium
KSIĄŻKA, KTÓRA NAJBARDZIEJ MNIE ROZCZAROWAŁA:  Przewodnik Nocnego Łowcy


W listopadzie wyniki będę pewnie dużo gorsze. Czekają mnie cztery olimpiady(mam nadzieję, że będzie trzymać kciuki :D). Listopad to mój znienawidzony miesiąc. Taki ponury i zimny, po prostu smutny. Mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej i będę umiała cieszyć się z każdego dnia, nawet tego najbardziej ponurego :)

Wam wszystkim również życzę dobrego listopada, jak najwięcej czasu na czytanie książek, wielu radości i samych uśmiechów ♥







czwartek, 31 października 2013

035. CHARLIE






Tytuł: Charlie
Autor: Stephen Chbosky
Ilość stron: 224
Wydawnictwo: Wydawnictwo Remi
Kategoria: literatura młodzieżowa


„I feel infinite .”







Tytułowy Charlie to zwyczajny nastolatek, który pisze listy do nieznanego przyjaciela, w których opowiada o swoim życiu, które z pozoru jest normalne, ale jednak posiada w sobie to coś, dzięki czemu książka jest ciekawa. Chłopak pisze o nowej szkole, rodzinie, przyjaciołach, seksie, książkach, narkotykach... 

Dzięki niezwykłych umiejętnościach polskich tłumaczy, najpierw obejrzałam ekranizację tej książki - The Perks of Being a Wallflower. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że film powstał na podstawie powieści Stephena Chbosky'ego. Ale lepiej późno niż wcale.

Jeśli chodzi o książkę to nasłuchałam się o niej wiele. Same ochy i achy, więc gdy trafiłam na Charliego za dyszkę, nawet się nie zastanawiałam. Niestety, muszę przyznać, że się rozczarowałam. Spodziewałam się arcydzieła, którym tak zachwycali się moi znajomi. Dlaczego? Momentami wydawała mi się bardzo infantylna. Czasami było strasznie nudno, czasami to wszystko wydawało mi się takie naciągane, jakby pisane na siłę. W niektórych momentach, których było na szczęście niewiele, miałam dość Charliego i jego dziecinnego zachowania. Nauczyciel angielskiego i wrażliwość Charliego wydają mi się troszkę przerysowani...

To może teraz co nieco o plusach książki. Gdyby wyciąć nauczyciela angielskiego i kilka innych, mało znaczących tu osób, to postacie są całkiem całkiem. O Charliem można powiedzieć, że jest z nim coś nie halo, ma zaburzenia psychiczne, sprany beret czy nierówno pod sufitem. A z drugiej strony to wrażliwy(wydaje mi się, że aż za bardzo), zakochany chłopak, który stawia pierwsze kroki w dorosłość. Na swój sposób jest uroczy, podobnie jak jego przemyślenia. Uwielbiam w nim tą dziecięcą radość. W każdej rzeczy znajdował powód do uśmiechu.

„Przyjmujemy miłość, jeżeli sądzimy, że na nią zasługujemy.” 

Książka została napisana bardzo prostym, może aż zbyt prostym. Nieraz zdania były wręcz dziecinne, tak "charliusiowe". Podczas czytania ani razu się nie wzruszyłam, co jest troszkę... dziwne. Bardzo oryginalne było zaczynanie każdego rozdziału od słów "Drogi przyjacielu!". Bardzo mi się to spodobało i muszę przyznać, że momentami miałam wrażenie, że Charlie to mój rówieśnik i zwraca się bezpośrednio do mnie.

Jeszcze kilka słów o ekranizacji. Tak, to właśnie ten film, w którym Percy Jackson gra razem z Hermioną Granger. Największym plusem  The Perks of Being a Wallflower są zdecydowanie aktorzy. Emma Watson była moim największym zaskoczeniem. Dotychczas znałam ją tylko z Harry'ego Pottera i jeśli mam być szczera, to nie wyobrażałam sobie jej w innej roli. Pokazała, że jest naprawdę zdolną aktorką. Sam jest całkiem inna od Hermiony i to nie tylko z wyglądu. Emma po raz kolejny pokazała swój talent, a teraz dodatkowo swoją dojrzałość. Pokochałam Ezrę Millera za rolę Patricka. Jego gra aktorka całkowicie uzupełnia jego braki w wyglądzie. Widać, że wczuł się w role, a jego zabójcze miny mogę oglądać w kółko. Ta dwójka, jak i "charlusiowaty" Logan Lerman są po prostu idealnymi odtwórcami swoich ról. Naprawdę wykonali kawał dobrej roboty. Film jest naprawdę świetny, szczególnie uwielbiam scenę w tunelu. To jedna z niewielu ekranizacji, które spodobały mi się bardziej od książki.

Charlie to jedna z tych historii, które wiecznie są na topie i nigdy się nie znudzą. Może nie są jakoś bardzo oryginalne, nie zawsze nietypowe, czasami banalne, lecz młodzież właśnie takie uwielbia. Nie uważam czasu spędzonego na czytaniu tej książki za czas zmarnowany, lecz jak już pisałam wcześniej jestem troszkę rozczarowana. Polecam Wam Charliego, myślę, że mimo wszystko warto przeczytać tą powieść. Ja chyba należę do tej mniejszości, która nie jest zachwycona tą pozycją. Mimo tych wszystkich minusów jest to książka o samotności, pierwszych krokach w dorosłość i kształtowaniu własnej osobowości. Do napisania tej recenzji zabierałam się już kilka razy, lecz dopiero dzisiaj udało mi się ją napisać. Wcześniej nie umiałam dobrać słów, nie wiedziałam, co napisać...

„I przysięgam, w tamtej chwili byliśmy nieskończonością.”


MOJA OCENA: 6-/10








wtorek, 22 października 2013

033. OSTATNIA PIOSENKA


Tytuł: Ostatnia piosenka
Autor:  Nicholas Sparks
Ilość stron: 448
Wydawnictwo: Albatros
Kategoria: literatura piękna


„Życie, uświadomił sobie, bardzo przypomina piosenkę. Na początku jest tajemnica, na końcu - potwierdzenie, ale to w środku kryją się wszystkie emocje, dla których cała sprawa staje się warta zachodu.”


Ronnie to zbuntowana nastolatka, która mieszka razem z bratem i mamą w Nowym Jorku. Kilka lat wcześniej jej ojciec porzucił karierę pianisty i wyjechał do niewielkiej nadmorskiej miejscowości. Od tego momentu Ronnie nie chce mieć z nim nic wspólnego. W dzieciństwie wiele czasu spędzała z ojcem przy pianinie - grając i komponując razem utwory. Po jego odejściu obiecuje sobie, że mimo swojego ogromnego talentu już nigdy nie zagra na pianinie. Pewnego dnia matka nieoczekiwanie wysyła rodzeństwo na wakacje do Karoliny Północnej. Ronnie się załamuje, gdyż wszystko wskazuje na to, że będzie to najgorsze lato w jej życiu...

Początkowo jej obawy się sprawdzają. Już pierwszego dnia Ronnie narobiła niezłego bigosu. Po chłodnym przywitaniu z ojcem wychodzi na plażę, gdzie oblewa się lemoniadą, a na koniec zostaje przyprowadzona do domu przez policję. Dziewczyna szybko rozumie, że los lubi płatać figle. Czy te najgorsze miesiące jej życia zamienią się na najpiękniejsze?

„Ludzie tak łatwo nie zmieniają upodobań. Lubią, co lubili, nawet jeśli nie rozumieją dlaczego.” 


Mimo, że Ostatnia piosenka jest przede wszystkim romansem to zawiera wiele wątków. Miłość znajdziemy
tu pod wieloma postaciami - pierwsza miłość, miłość siostry i brata, do Boga, do świata przyrody czy do muzyki, ale chyba najważniejsza jest tu ta miłość do dzieci i ojca. Wątek nienawiści - jest. Pasja, talent, coś romantycznego, a nawet sport. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Postacie są świetnie wykreowane i bardzo rzeczywiste. Każda z nich wywoływała u mnie emocje - pozytywne lub negatywne. Przede wszystkim polubiłam Ronnie. Buntowała się przeciw światu, lecz mimo to zachowała w sobie wrażliwość i dobroć. Została przedstawiona jako dziewczyna z wadami, czyli czymś bez czego nie istniałby nikt z nas. Ronnie popełniła masę błędów i stara się je naprawić. Uważam, że właśnie to jest w niej najlepsze. Bardzo polubiłam też przeuroczego Willa. Przede wszystkim za to, że miał odwagę być tym, kim chciał, bez względu na to, czego oczekiwali od niego rodzice. Stave - ojciec kochający aż do bólu. Jonah - kochany i wspaniały dzieciak.

„Zawsze powinno się postępować właściwie, nawet jeśli to trudne” 

Tą książkę czytałam w zeszłym roku. Sama nie wiem, dlaczego dzisiaj wybrałam właśnie ją do zrecenzowania. Jakoś ręce same napisały tytuł tego posta...
Podczas przygody z tą lekturą nie miałam czasu. Czytałam, więc ją w szkole, głównie na lekcjach
wf-u(musiałam wtedy wymyślać wymówki do niećwiczenia :P). Pamiętam, jakby to było wczoraj, sytuację, kiedy siedziałam na ławce na sali gimnastycznej zagłębiona w lekturze, powstrzymywałam się od płaczu. Do końca zostało mi jakieś sto stron i wtedy przeczytałam zdanie "Cześć, tato. Wiedziałam, że przyjdziesz"(mam nadzieję, że nic nie przekręciłam). Wtedy coś we mnie pękło i po prostu nie wiedziałam co zrobić. Poczułam łzy w oczach, odłożyłam książkę i wyszłam do toalety, gdzie siedziałam podejrzanie długo. Potem, już po skończeniu czytania, płakałam w nocy, aż mama przyszła zapytać, co się dzieje. Oczywiście, nie wierzyła, że to ta książka mnie wzruszyła...

Sparks ma prawdziwy talent. Na razie miałam okazję przeczytać tylko cztery powieści tego autora i mam nadzieję, że będzie ich jeszcze wiele więcej. Język jest łatwy i artystyczny. Dialogi, podobnie jak uczucie pojawiające się stopniowo uczucie między Ronnie i Willem, są bardzo prawdziwe. Całość czyta się lekko i przyjemnie, z wypiekami na policzkach, ze łzami w oczach i uśmiechem na twarzy. Sparks ma niesamowity dar do pisania tak niezwykle realistycznych, pełnych uczuć powieści.

„Trzeba coś kochać, żeby to znienawidzić.”

To opowieść o miłości, stracie bliskiej osoby i drugich szansach. To piękna historia o miłości, którą chyba każdy chciałby przeżyć. Pokazuje bardzo ważną wartość, coraz rzadziej spotyka w XXI, czyli miłość do rodzica.

Ostatnia piosenka mnie oczarowała, poruszyła, wzruszyła, zachwyciła, urzekła, zachęciła do rozwijania pasji, wiele nauczyła i zmieniła mój światopogląd. A to wszystko schowane na czterystu czterdziestu ośmiu stronach. Ostatnie sto stron to wielkie mistrzostwo. Zakończenie tej powieści jest zdecydowanie jednym z najlepszych zakończeń ever.

Serdecznie polecam książkę każdemu, niezależnie od wieku, płci i doświadczeń. Nie patrzcie na okładkę - środek jest o wiele piękniejszy. Ostatnia piosenka to wspaniała książka i jestem pewna, że jeszcze nie raz po nią sięgnę.

„Jesteś taka jak myślałem. Od pierwszej chwili gdy się poznaliśmy. I nie możesz już bardziej do mnie pasować.”

MOJA OCENA: 10/10

Kto będzie na Targach Książki w Krakowie?
Jednak będę, tyle wygrać!





niedziela, 20 października 2013

032. BAŚNIARZ





Tytuł: Baśniarz
Autor:  Antonia Michaelis
Ilość stron: 400
Wydawnictwo: Dreams
Kategoria: literatura młodzieżowa





"Baśniarzu, dokąd żegluje ten statek, na którego pokładzie się znajdujemy? Dokąd prowadzi twoja baśń? Kto płynie czarnym statkiem? Czy poleje się jeszcze więcej krwi?"


Anna to zwykła dziewczyna, która przygotowuje się do matury. Otula ją bańka mydlana, w której jest zamknięta ze swoim fletem i planami. Przez tą bańkę wydaje się zamknięta na wszystko, co dzieje się na zewnątrz. Ale znalazł się ktoś, kto rozbił ją na tysiąc kawałków. Tym kimś był Baśniarz, którego żadna bańka mydlana nie otaczała... 


Zaczyna się od lalki. Szmacianej, niepozornej, znalezionej w szkole przez Annę. Okazuje się, że zguba
należy do siostry Abla Tannateka - „polskiego handlarza pasmanterii”. Chłopak intryguje i ciekawi Annę, która nie sądzi, że pod maską ponurego handlarza narkotyków może kryć się twarz wrażliwego, łagodnego baśniarza. Ten mroczny, pozostający na uboczu chłopak snuje niezwykłą opowieść, którą trudno zapomnieć... tym bardziej, że fantazja w pewnych momentami zaczyna zbiegać się z rzeczywistością... 

"Ale za słowami czyhała ciemność, ciemność jaka panuje we wszystkich baśniach. Dopiero później, dużo później, zbyt późno zrozumie, że ta baśń była śmiertelnie niebezpieczna".


Siedzę i gapię się na pustą białą kartkę, próbując wyrazić, co czuję do tej książki. Chciałabym tyle napisać, lecz mam pustkę w głowie. Myślę, że wszystkie słowa świata to za mało, żeby to opisać. Nie wiem, jak namówić Was do przeczytania tej książki. Chociaż, nie. Cofnij. To zdania powinno brzmieć tak: „nie wiem, jak namówić Was do przeżycia tej książki.” Tak, teraz jest dobrze. 

Baśniarz to nie żaden zwykły wyciskacz łez. Nie jest to też love story z happy endem. To nie cukierkowa, przesłodzona historia dla grzecznych dziewczynek. Baśniarz jest książką o życiu. O brutalnym, ciężkim życiu, gdzie zima nigdy się nie kończy. Pokazuje, że wybaczyć można absolutnie wszystko. A przede wszystkim jest opowieścią o miłości brata do młodszej siostry i ochronie malutkiej Michi przed całym złem na świecie. Książka jest przepełniona realizmem i trudami codzienności. Czasami my, ludzie żyjący w bańkach mydlanych, nie dostrzegamy.

Gdy skończyłam czytać, czułam się jakbym nie wróciła do rzeczywistości w całości. Jakbym zostawiła część siebie w tej historii. Baśniarz mnie roztrzaskał na tysiąc kawałków, tak jak Abel roztrzaskał tą bańkę mydlaną, w której żyła Anna. Książka nie do końca złapała mnie za serce. Ona złapała mnie za duszę. A właściwie zrobił to Abel Tannatek. 



" - Co ci leży na sercu?
- Nic - odpowiedziała i po chwili dodała: - Świat. (...)
- Tak - odparł Magnus. - Tak wyglądasz, jakby świat leżał ci na sercu".

Te dziesięć gwiazdek to zdecydowanie za mało, żeby ocenić tę książkę. Myślę, że całe niebo gwiazd nie wystarczy. Ta historia nie daje o sobie zapomnieć, powoduje całkowite oderwanie od rzeczywistości i pochłania nasze myśli. Te wszystkie słowa to dalej za mało, żeby opisać ę książkę. Wsiadłam na statek Małej Królowej i teraz trudno mi go opuścić, mimo że podróż już się skończyła... 

Przed przeczytaniem radę się zastanowić, czy macie siłę na tę historię. Polecam też zaopatrzyć się w paczkę(albo i kilka) chusteczek. CZYTACIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ! 

" - Młoda damo, czy mogę służyć chusteczką. Pani płacze.
- Och, rzeczywiście. Widzi pan, a ja myślałam, że się śmieję. Jak bardzo można się pomylić".